Na biurku w biurze od 2 lat leży pod stertą papierów etykieta od jakiegoś napoju. Pamiętam, że smakował potwornie! O ile takie zwykłe kolorowe oranżady w wiejskich sklepikach są przesłodzone i naiwne w smaku, ta smakowała jak popłuczyny z laboratorium chemicznego! Sprawdziłem z czego to się składa: Zawiera substancje słodzące, zawiera źródło fenyloalaniny, woda, dwutlenek węgla , regulatory kwasowości, kwas cytrynowy, cytrynian sodu, cyklaminian sodu, acesulfam k, aspartam, aromaty, substancja konserwujaca, benzoesan sodu, czerwień koszelinowa, azorubina, błekit patentowy V. ![]() Słowem demolująca organizm chemia, przy której zwykły sok malinowy z wodą jest niczym bajkowa woda życia. No cóż niech każdy pije co chce, ale zwrócił moją uwagę napis: ![]() Każdego dnia dla Twoich bliskich! Co za cholerne draństwo! Jak można produkować tysiące litrów chemicznej, chemicznie słodzonej, chemicznie barwionej, chemicznie konserwowanej, odbijającej się chemią, nienaturalnie kolorowej chemii i jeszcze napisać „Każdego dnia dla Twoich bliskich”! I nagle - zrozumiałem czym jest piekło! Piekło to nie jakieś kadzie ze smołą, tylko po prostu przeżywanie jeszcze raz tego co świadomie zrobiliśmy innym. Taki ktoś kto na butli chemicznej brei pisze „Każdego dnia dla Twoich bliskich” pewnie będzie musiał wypić to co nawarzył. A jeśli wyprodukował tej chemii 200 tysięcy litrów to będzie tę chemiczną miksturę pił sto tysięcy dni... Czyli 270 lat... Pod koniec picia będzie już wypalonym aspartamem i benzoesanem sodu wrakiem , stąd w potocznym rozumieniu piekło to wieczność i nieskończone cierpienie... Tak samo np. trener który świadomie robi nudne i marne szkolenia, czyli odpiernicza zwykłą manianę, będzie musiał TAM przesiedzieć ten czas na nudnych szkoleniach i bezsensownych odczytach. Jeśli zrealizował jedynie 180 marnych szkoleń dla 12 osób na każdym szkoleniu, a każde szkolenie po 8 godzin, to znaczy że wygenerował 180 x 12 x 8 = 17280 godzin nuuudy, którą trzeba będzie przeżyć... Czyli spędzić 6 lat na nudzie...Na nudnych odczytach, tak samo nudnych i niezrozumiałych jak jego szkolenia. To można zakwalifikować raczej jako czyściec. A niebo? Jeśli ktoś wspaniale bawił ludzi niczym dobry kabaret, np. kabaret POTEM, jeśli ktoś znakomicie i ze znawstwem śpiewa albo gotuje ciesząc się radością Klientów, naprawia z pasją samochody, terminowo, czysto i solidnie, czy wypieka pyszne eklery z rumem, to wszystko to ze sobą zabierze TAM. Radość ludzi, dobry smak, zmysłową radość z jazdy i dobrą muzykę... I o właśnie jest NIEBO, suma wszystkich tych dobrych rzeczy, uczuć i smaków, które bezinteresownie i z radością rozdaliśmy innym... Acha! Posta obserwacja podpowiada mi że mało kto będzie w niebie miał Mercedesa SLK... ![]() Korporacyjny dupek.... Czasami w swobodnych rozmowach sobie żartujemy i określamy kogoś jako korporacyjnego dupka, ale to określenie jest często – gęsto nadużywane. Czasami jakaś niezaradna łajza na zasiłku tak właśnie mówi na widok każdego zorganizowanego i fajnego japiszona w dobrym aucie z laptopem o wadze 0,8 kg, dostępem do internetu i sytych zarobkach. Ot zwykła zazdrość. Ale czasem to po prostu widać, słychać i czuć, że ktoś po prostu jest korporacyjnym dupkiem... Tylko gdy przychodzi do zdefiniowania tematu to pojawia się trudność... Do do wczoraj! Odwiedził mnie korporacyjny dupek. Nie ważne czy facet czy kobietka, bo w tych kategoriach nie ma płci. Przyjechał po długim niewidzeniu się niepokojąco wręcz miły. Pomimo że jest ciepło, wiadomo - maj, rozpaliłem ogień w kominku, zaparzyłem dobrej kawy w ciśnieniowym włoskim ekspresie, ze stali nierdzewnej i postawiłem na stół coś słodkiego.. Siedzimy, rozmawiamy... Rozmowa jest trudna, bo korporacyjny dupek ma jakąś dziwną awersję przed normalnym płynnym kontaktem z ludźmi. Starannie dobiera słowa tak żeby nic nie znaczyły, a że nie jest członkiem stowarzyszenia Mensa, a raczej jego IQ jest dwucyfrowe, rodzi to wrażenie pewnej ociężałości umysłowej. Rozmowa się nie perli sama z siebie tylko jest z mozołem realizowana jak sobotni seks przez parę grubasów. Trafić w temat – oto cel sam w sobie, który co i raz się wysmykuje. No i to mozolne powtarzanie przez niego sekwencji słów. Jak jakieś jebane echo! Co u Ciebie pytam? „Co u mnie...?” - powtarza dupek. Jak Twój Avensis? „Jak mój Avensis...?” - powtarza. Jak projekt harmonizacji danych? „Jak projekt pytasz...?” - powtarza w koło dupek korporacyjny, i nie wiem czy to taka gra zeby nic nie powiedzieć, czy to zwykły ociężały umysłowo debil. To powtarzanie, a potem czekanie minutę na banalną, nic nie wnoszącą odpowiedź czyniło tempo rozmowy nieznośnie powolnym i mało wiedzo twórczym. Poczułem się wręcz okradany ze swoich myśli. No i jak na razie bilans rozmowy wypadał dramatycznie na moją niekorzyść. Ja dowiedziałem się tylko, że dupkowi ucięli budżety, że w branży IT bryndza, że żona wolała inny kolor samochodu i teraz ciągle narzeka.... Ja natomiast podsunąłem mu kilka pomysłów dotyczących jego działu, i zapisałem stronę internetową na której znajdzie coś na temat projektu, który właśnie realizuje. Narysowałem nawet kilka rysunków, które skwapliwie zabrał. A on znowu zaczął swoją cholerną mantrę, że obcięli budżety i jaki to jest biedny. Ale to wszystko oczywiście ciągle nie wystarczy żeby zasłużyć na miano pełnokrwistego korporacyjnego dupka. Na świecie wielu jest bowiem ludzi bez polotu, zapatrzonych we własny pępek, dla których rysa na zderzaku Avensisa jest traumą. Więc co? Otóż korporacyjny dupek zaczął się zbierać i ni z gruszki ni z pietruszki wypalił ;bo ty miałeś taki fajny projekt dla Biznesu, a ja mam go napisać, więc jakby Ci nie był potrzebny to mógłbyś mi go dać..... Poczułem jakby uderzył we mnie piorun. I nagle zrozumiałem tę żałosną grę tego korporacyjnego dupka. Przyszedł wyłudzić projekt, bo może ma szczęśliwy dzień i trafił na frajera? Potem otrzymany projekt przepisze na zasadzie jak to dupek zwykł robić, czyli Copy -> Paste, wytnie 63 słowa, których znaczenia nie rozumie i sprzeda u swojemu szefowi jako swój autorski projekt. I nagle czas tej stękliwej rozmowy mi się zwrócił, gdyż w jednym przebłysku zrozumiałem co jest istotą jednostki degeneratywnej jaką jest korporacyjny dupek. Jest nią mianowicie totalna, bezkrytyczna, upośledzająca jakiekolwiek głębsze relacje interesowność. Korporacyjny dupek, szczodrość intelektualną i emocjonalną uważa za frajerstwo, a stan w którym sporo weźmie nic od siebie nie dając napełnia go uczuciem błogiej satysfakcji... Ot wydymał kolejnego frajera.... Gdyby jeszcze tylko wyłudził ode mnie ten projekt przeżył by w swoim Avensisie orgazm i chwalił się jaki to sprytny, bo za napisanie takiego projektu trzeba by zapłacić a tu proszę! Mam za darmo, wystarczyło godzinę jęczeć... Korporacyjny dupek nie buduje trwałych, wartościowych relacji z ludźmi tylko ludzi używa, tak jak przełożeni używają jego. I kiedy korporacyjny dupek oceni, że już nie da się nic wziąć, że już wycisnął kogoś do cna to zrywa kontakt... Może to być pracownik, ale też może to być żona. Dupkowi wszystko jedno bo wszystko mu się miesza. Poruchać w pracy też lubi, jak jest okazja to tylko frajer by, nie skorzystał. Oczywiście spotykamy takich ludzi i poza korporacjami, ale to korporacje, zwłaszcza te o niskiej kulturze biznesowej, typowy lumpenbiznes, sczególnie sprzyjają wylęganiu się takich jednowymiarowych gadów. Rozmowa zakończyła się tym, że go grzecznie odprowadziłem do drzwi, dbając aby czasem nie podać mu ręki, bo jak nic bym zwymiotował. Niezwłocznie wszedłem do zakładki „edit” w swoim telefonie . Zamieniłem jego śmieszne imię i nazwisko na krótkie „dupek”. Zdezorientowany telefon zapytał mnie co ma zrobić, bo taki wpis już jest i ostatecznie dupek jest zaszeregowany jako „dupek7” . Jak oni się szybko mnożą? Jak szczury w kanale... Heh.... ![]() Błogo będę sławił ten dzień... Wiem już czym jest błogosławieństwo... Nie w znaczeniu liturgicznym, ale w takim znaczeniu potocznym, ludzkim. Miałem kiedyś stary samochód..Ooo ma już ponad 30 lat... I kiedy rano do niego wsiadałem to zawsze miałem chociażby jedną króciutką jak mgnienie ale bardzo ciepłą i serdeczną myśl w stronę mechanika który go wiele lat temu ze znawstwem pospawał i pomalował i ponaprawiał, sprawiając że był absolutnie niezawodny. I tak ciepła, pełna serdeczności wzmacniająca myśl biegnie sobie gdzieś daleko do Janowa Lubelskiego do warsztatu w którym niepodzielnie króluje Pan Stach, dla którego Land Rower, Jeep, czy zwykły UAZ nie mają żadnych tajemnic. Człowiek pogodny, charakterny, szczupły, i wyglądający dziesięć lat mniej niż ma... Człowiek, którego wzmacniają afirmacje i takie małe prywatne błogosławieństwa klientów i przyjaciół. To jeden z przykładów. O bardzo wielu ludziach myślę ciepło. A pamiętając, że „kto sieje wiatr, zbiera burzę, staram się o nikim nie myśleć źle”. A poza tym, myślenie o kimś źle, kiedy ktoś serio zalazł nam za skórę, to zwykła amatorszczyzna. Przecież od takich spraw są czary :) ![]() Stan Błogosławionego pasożytnictwa.... Robiłem króciutki projekt z firmą którą prowadzą dwie dziewczyny. Jak się okazało – są parą. Nic to. Ja tam uprzedzeń żadnych nie mam. Niemniej ciekawe jest pole sił pomiędzy nimi. „Blondyneczka” o filigranowej urodzie to typowa misjonarka pokoju i nadziei. Większa - brunetka - to typowy, klasyczny pasożyt. Pasożyt, który z wykorzystywania innych uczynił religię, jest jej apostołem i boginią w jednym.. Dodatkowo brunetka jet dziewczyną „po przejściach” z epizodami uzależnieniowymi i sprytnie to wykorzystuje na sto i jeden sposobów. Wykorzystuje to dobre słowo. Oto przykład: robimy projekt z brunetką. Widzę, że brunetka się niecierpliwi, jak to zwykle, kiedy aktywność wymaga tego żeby przysiąść i coś konkretnego zrobić od początku do końca. Blondynka jest w tym czasie na zakupach. Pasożytnicza brunetka w tym czasie dzwoni do blondynki ze dwadzieścia razy z byle pierdułką. A to; jak nazywa się firma, a to; w jakim jest mieście, a to; gdzie leży długopis...... Paranoja! A blondyneczka, niestrudzona misjonarka pokoju i nadziei cierpliwie odpowiada; że firma nazywa się Taplex, że jest z Międzyrzeca Podlaskiego, a długopisy są w koszyczku po prawo na biurku przy którym właśnie pracujemy... I tak cały długi dzień. Jeśli dodać, że blondyneczka przygotowała brunetce przed wyjściem w pojemniczkach pigułki, i porozklejała pozytywne hasła – afirmacje na cały dzień, to mamy pełen obraz... chociaż nie, nie pełen. Dziewczynom w samochodzie zabrakło płynu hamulcowego i jest to w sumie drobiazg. Zapala się lampka, sięga się do instrukcji, i na stacji benzynowej kupuje się płyn DOT3, DOT4, albo R-3 , albo niemieszalny z innymi DOT5,1. Odkręca się żółty kapselek i dolewa. Dziesięć minut roboty i już!... Ale nie! Bo po co tam zaglądać, brudzić się, myśleć, starać, przeczytać dwie linijki tekstu skoro można tak jak brunetka zrobić dziką awanturę i wpędzić wszystkich w poczucie winy. „Jak to jest, że tego nie załatwiłaś!? To twoja wina! Zawiniłaś to teraz to napraw! Mnie nic nie obchodzi” I biedna blondyneczka ważąca na oko 46 kg. zasuwa po sklepach i warsztatach obciążona płynem hamulcowym DOT4 i dodatkowym poczuciem winy o wadze 96 kg. Zastanowiłem się nad pasożytnictwem i niewątpliwym upadkiem. Czemu te stany są nieodwracalne. Czemu czasem wystarczy już tylko 8 miesięcy bezdomności żeby być trwale bezdomnym? Czemu czasem wystarczy jedynie 12 miesięcy bez aktywności zawodowej aby TRWALE wypaść z rynku pracy. Otóż aktywność jest stanem wymuszonym. Wymuszonym poprzez ambicje, aspiracje, inteligencję i dociekliwość. Musi zaistnieć pewien splot okoliczności, pewien społeczny ład żeby zaistniała aktywność, która jest stanem korzystnym dopiero w odleglejszej perspektywie. Mam przed oczami program Cejrowskiego o Indianach z dorzecza Amazonki, którzy coś tam zjedzą, coś tam się poiskają aby resztę dnia wisieć bezczynnie w hamaku z tępym wyrazem twarzy. Godziny nie istnieją, dni zlewają się w lata. Lata zaś w krótkie jak mgnienie życie. Życie w hamaku.. Niby fajne takie, ale fajne kiedy ma się zaplombowane zęby i satelitarny telefon. Mniej fajne, kiedy umiera się tygodniami w męczarniach na błahe zakażenie przyzębia. Otóż prawdziwa aktywność życiowa jest trudną żonglerką. To tak jak żonglować kuleczką w lejku. Nie jest to wbrew pozorom proste. Z jednej strony można prze żonglować i wylecieć górą. Na przykład polecieć z plecaczkiem do Ameryki Południowej na pół roku i tam zostać na zawsze. Ale można też zatrzymać się w miejscu i wtedy..... Kuleczka spada na dno lejka i wtedy nie sposób już jej rewitalizować. Nadać pierwotny ruch. Owszem, zdarzają się cuda, ale są to raczej nieliczne wyjątki potwierdzające tylko regułę. Zaciekawiło mnie tylko dlaczego taki stan bezczynności, wyautowania, lub perwersyjnego pasożytnictwa jest tak niebywale trwały, podczas gdy stany niezwykłej aktywności są raczej epizodyczne. Wyjaśnił mi to bloger Michaj: to proste, takie stany są optymalne energetycznie i dlatego są pielęgnowane. No tak, raz zastany stan życiowej nieporadności, pasożytnictwa, zamroczenia, pozwala przeżyć pewien energetyczny orgazm. Nie daje się z siebie nic, a przecież się żyje... Nie wiem tylko, czy to ciągle jest życie, czy już gnicie.... Intelektualista w Mercedesie ML Rozmawiałem z kumplem na temat wyboru samochodu terenowego. Jako – tu się pochwalę – jako doradca. No bo kumpel jechał z wspólnikiem w teren ale nie mógł dojechać. A dlaczego? No wiesz, wspólnik ma Mercedesa ML za 450 tys. PLN, i bał się że porysuje... Ale wiochmen! – wykrzyknąłem spontanicznie! No bo trzeba być skończonym wiochmenem żeby wydać na auto terenowe 450 tys. PLN i nie pojechać w teren... No co Ty?! Obruszył się kumpel, wspólnik ma kasę! No to jest bogatym wiochmenem! - Skwitowałm. Ale on to auto kupił w USA za 250 tys. PLN i sprzeda za 450 tys. PLN. - Czyli jest sprytnym wiochmenem... Podsumowałem. Mam wrażenie że kumpel się obruszył.... No tak, prywatnie uważam że wydawanie 450 tys. PLN na auto i potem strach że się je porysuje o krzaczek to wiocha wcielona, ale że czasem szybciej mówię niż myślę postanowiłem się nad tym zastanowić. A może to tak nie jest? No bo tak, wydajemy na różne projekty; na samochód, na ubrania, jedzenie, ogrzewanie, edukację (tę przymusową) i kulturę. Ubrania jedzenie, ogrzewanie, edukacja ta przymusowa to wydatki sztywne. Samochód i kultura to wydatki elastyczne. Prowadząc firmę np. szkoleniową można do Klientów jeździć zarówno hybrydowym Lexusem GS jak i starym Oplem Astrą kombi w kolorze białym. Czyli zarówno coś za 300 tysięcy, i coś za 3 tysiące PLN dowiezie nas tak samo. Z kulturą jest podobnie. Można pojechać z Warszawy do Krakowa na Festiwal Kultury Żydowskiej – koszt dla 2 osób (paliwo, noclegi, wyżywienie) około 1000 PLN. Albo kupić sobie Super Expres TV za 0,99 PLN. Dwie paczki chipsów, piwo Wojak i gnić w weekend przed telewizorem za 10 PLN. No więc tak. Pomyślałem, że może zbyt pochopnie nazwałem kolegę od Mercedesa ML „wiochmenem”. Bo to nie jest ważne ile wydało się na auto, ale ważne ile w tym samym czasie przeznaczyło się na kulturę. Dodam tylko że obowiązkowe podręczniki dla dzieci nie liczą się do budżetu kultura, podobnie jak 52 calowa plazma. Ale liczą się: wydatki na książki, audio boki, teatr, kino, wyjazd na Openera, płyty, nowy I-Pod, czasopisma, i abonament na TVP – kultura, albumy tematyczne, dobre radio Stereo HiFi, słuchawki Hi-Fi i kolumny do radia. Zrobiłem więc takie zestawienie: I okazuje się że nie miałem racji bo o wiochmeństwie lub nie, wcale nie decyduje cena auta, tylko to ile w tym samym czasie przeznaczamy na kulturę. Słowem – ważna jest proporcja wydatków. Inna sprawa że zgodnie z powyższym wykresem bardzo ciężko jest być intelektualistą w Mercedesie ML za 450 tys. Oj ciężko... ![]() Antykwariat na Żelaznej..... W Warszawie na ulicy Żelaznej jest mały antykwariat. Pracuje tam urocza starsza Pani, która znakomicie prowadzi całość, i do tego jest cerberem swojego szefa. Lubię tam wpadać zwłaszcza kiedy mam kasę. Tak jak teraz. Trafiła się fucha z administracji – sprzątanie i malowanie piwnic. Trzy dni szarpaniny, no i cholerka rozdarłem koszulę na łokciu, ale i kasa niebagatelna. Bogatszy o 250 PLN poszedłem do antykwariatu. Urocza starsza Pani już od wejścia powiedziała: „w tym tygodniu nie kupujemy żadnych książek!” He he he... Zwiódł ją ten mój piwniczny wilgotny zapach (koszulę zawsze piorę w sobotę), rozdarty rękaw i wzięła mnie za nurka. He he... A ja jestem przedsiębiorcą sprzątającym i malarskim. Proszę jak to pozory mylą! Zacząłem pod jej uważnym wzrokiem szperać w starych fotografiach. Lubię je. Niektóre fotografie oprawiam, niektóre wieszam na ścianie. Przede wszystkim lubię je za energię jaką niosą. Ta energia to informacja. Niektóre są martwe. Ot martwe kartoniki. Ale niektóre zdjęcia ciągle żyją. Luzie na nich, gdzieś w pleromie, albo na powrót na ziemskim padole, a zdjęcie ciągle żywe. „Ot zagwozdka” jak mawiał pewien sierżant u nas w jednostce. Kiedy mam jasną aurę, to biorąc takie zdjęcie do ręki po prostu WIEM jaki był człowiek na zdjęciu i jaki miał żywot. Nie umiem tego wyjaśnić ale WIEM. Jest mi w tym daleko do mojej znajomej ze Szczecina, która bierze do ręki zdjęcie człowieka, po czym opowiada o nim ze szczegółami piętnaście minut. Jak to robi – pozostanie dla mnie tajemnicą. Moje umiejętności to ledwie popłuczyny... Powracając do antykwariatu, kupiłem kilka zdjęć... Każde żywe, każde z energią. Lubię sobie zaparzyć kawkę, usiąść na balkonie i snuć historie... Oto na zdjęciu „Pani Kokoszka” - tak ją sobie nazwałem. Jej historia prosta. Urodzić syna - dziedzica majątku. A na tym zdjęciu „Pani zamyślona” - jej historia jest smutna. On odszedł i nie powrócił. I tak dalej, i tak dalej.... W rytm kolejnych łyków mocno posłodzonej kawy Pedrosa. Ważne są opisy na odwrocie zdjęć. Czasem ładne a czasem kulfoniaste. Czasem czytelne a czasem nieczytelne... Są czasem kluczem do układanki. Aż tu nagle! Ukłuło mnie jedno zdjęcie. Dosłownie. Za nim ciągnie się smutek i łzy. Zawiedzione nadzieje i żal.. Na sepiowym zdjęciu zrobionym w Kaliszu tak na oko 32-letni Pan. Bródka, wąsik, fryz. I te dziwne oczy Narcyza.... Ot nauczyciel Łaciny i Greki w Kaliskim gimnazjum? Oj kobiety wypłakały przez Ciebie oczy Panie Piękny. A Pan Piękny pozostawał na zdjęciu niewzruszony, tak samo jak wtedy gdy łamał dziewczęce serca... Zapakowałem całość do koperty, aby tydzień po tygodniu wracać do kupionych zdjęć. I zawsze za zdjęciem „Pana Pięknego” z Kalisza ciągnął się smutek i łzy... Zawsze „kuło” mnie w rękę. Aż tu nagle.... Pod światło zauważyłem, że ktoś kiedyś zdjęcie Pana Pięknego przekłuł nożyczkami prosto w serce! Trzy razy. Głęboko, z namysłem i z pasją! Na wylot. A że nożyczkami? Bo nożyczki zostawiają charakterystyczny trójkątny ślad... Ależ wzbudzałeś emocje Panie Piękny.... A teraz żyjesz sobie gdzieś tam, jako ktoś tam i nawet nie wiesz, że klucz do Twoich aktualnych powodzeń i niepowodzeń sercowych był do kupienia za 7 złotych w warszawskim antykwariacie, w którym sprzedaje urocza starsza Pani.... Świat jest pełen tajemniczych niteczek... ![]() Ludzie są tylko epizodem... Bazarek na Kole to specyficzne miejsce w Warszawie. Nowi Warszawiacy, z Radomia, Gorzowa, Płocka i Trzebnicy zamocowani w korporacjach i zamieszkani w nowych jasnych mieszkaniach kupują sobie tam historię. Lampę „po babci” obrazek z powstania „po dziadku”. Wszystko to ma stanowić ludzki kontrapunkt dla taniej Ikei.. Ja na kole znalazłem za 8 PLN książkę. Niemiecką. Tytuł: „Weiler Elektrizitait und Magnetismus”. Książka jest z 1012 roku, i jest fantastyczna. Nie tylko jak na rok 1912. Ona dzisiaj jest pasjonująca, bo tłumaczy podstawy. Treść z tego co wydukałem – przystępna. Kolorowe ilustracje – świetne. Ryciny – artystyczne. Przykłady – trafione, a do tego przykładowe obliczenia - co i jak. Zaparzyłem sobie pyszną kawkę Pedrosa, tak jak lubię – po turecku, czyli w szklance z fusami. W szklance z aluminiowym koszyczkiem. To pamiątka z wojska. Pożyczyłem od matki cukier, i w już niczym nie zmąconej ciszy podróżowałem przez świat elektryczności, magnetyzmu i setek doświadczeń z 1912 roku. Doświadczeń które za kilkadziesiąt lat przerodzą się w GPS-a takiego samego jak ma szwagier na PKP, czy w moją Nokię 3210 z funkcją SMS... I kiedy tak przeglądałem stronę za stroną, próbując nic nie uronić, z książki wypadło małe zdjęcie. Obróciłem fotkę: Józef Brzozowski, Lwów, Bojowa 4. Poszukałem w Gooogle i znalazłem to: Zamierzenia władz sowieckich na okupowanych ziemiach Rzeczpospolitej wobec polskiej administracji leśnej, dobitnie widać po nieustannym zastraszaniu i dokonywaniu szeregu aresztowań osób wywodzących się zarówno z kierownictwa, personelu inspekcyjnego i urzędników, zatrudnionych do wybuchu wojny w pięciu polskich okręgach Dyrekcji Lasów Państwowych, jakie znalazły się w radzieckiej strefie. I tak dla przykładu do biura okręgu dyrekcyjnego LP we Lwowie, który w 1939 r. obejmował obszar Małopolski Wschodniej (z terenem dzisiejszego Województwa Podkarpackiego), kilku pracowników po zmobilizowaniu oficerów rezerwy WP i działaniach wrześniowych, nie wróciło z wojny. Wiemy, że byli nimi inż. Kazimierz Stepan – kierownik biura technicznego DLP, czy inż. Józef Brzozowski – pracownik komórki kartograficznej. Dostając się do sowieckiej niewoli już zostali „katyńskimi” więźniami. Zimą i wczesną wiosną 1940 r. zanim przyszedł czas „pozbycia się” więźniów z sowieckich obozów, NKWD dokonała we Lwowie szereg brutalnych aresztowań, w tym również przeprowadzonych wśród pracowników byłego polskiego biura Dyrekcji Lasów Państwowych. To co ich czekało po uwięzieniu, było jednakie dla wszystkich. Wykazać to można na przykładzie losu pochodzącego z Przemyśla wicedyrektora lwowskiej DLP inż. leśnika Kazimierza Leona Barana, którego doli po aresztowaniu przez NKWD w dniu 23.III.1940 r., nie znała nawet najbliższa rodzina. Dopiero teraz po odtajnieniu dokumentów i częściowej ekshumacji mogił w Bykowni wiemy, że po wywiezieniu 12 maja 1940 r. został w Kijowie zamordowany w trybie katyńskim, a zwłoki zidentyfikowano w masowych grobach Bykowni. Smutne takie. A więc przystojniak ze zdjęcia to młody inżynier - kartograf. W jaki sposób zdjęcie młodego kartografa z Wilna znalazło się w książce? Może czytał o pasjonujących doświadczeniach, i zdjęcia użył jako zakładki. A może...? Nigdy się już tego nie dowiemy. Przypomniało mi się tylko co powiedział schrypniętym głosem jeden ze sprzedawców n.a Kole: Panie, ludzie to tylko epizody takie, w życiu przedmiotów... Nie wiem czy to wymyślił czy usłyszał, ale od razu przypomniałem sobie innego kolegę, znawcę sprzętu technicznego i militarnego, który powiedział: człowiek jest tylko dodatkiem do sprzętu (wojskowego) Czyż nie miał racji? Dla naszej książki kartograf Józef Brzozowski ze Lwowa był tylko mgnieniem, i epizodem. Kiedy go zabierali książka już miała 30 lat.... Jego już dawno nie ma, a tak książka którą pewnie czytał, nawet zalana kawą po turecku Pedrosa – ona ciągle jest... Ludzie to tylko epizody takie, w życiu przedmiotów.... ![]() IKONY CICHEJ ŚMIERCI :) Nie wierzę w przypadki. Nie ma przypadków jeśli ktoś coś powiedział, kupił, stworzył, napisał, namalował czy nakleił... NIE MA PRZYPADKÓW! Wszystko ma swój początek, koniec, cel i znaczenie... Znaczenie ukryte, głębiej lub płycej.. Jadę na krótki urlop, motocyklem w góry. Namiot, kocher, ognisko, cisza, Karpaty... W związku z tym udałem się do sklepu militarnego żeby kupić impregnat do namiotów i reduktor do ładowania kartuszy gazowych. Nie chodzi to o prostą oszczędność tylko o to, że kartusz nabijany gazem LPG gotuje 2x szybciej (inna mieszanka gazu) ! Sklep prowadzi sensowny i rzeczowy gość po którym widać „że z nie jednego pieca chleb jadał”... Moją uwagę jednak przykuł jego samochód - a jakże - oklejony na styl militarny. Frapująca była jednak nalepka na drzwiach demaskująca w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób jego niechęci. ![]() Ogólnie takich nalepek są tysiące. On jednak wybrał akurat tę jedną, i nawet gdy dokonywał poprawek lakierniczych to nie zdecydował się jej zamalować.. Czyli jest ważna! Zobaczmy kogo on by porozjeżdżał... Wiejskich japiszonów, policjantów, staruszki i co najbardziej godne potępienia – kobiety z wózkami. Godne potępienia i nierozważne, bo kto będzie nam płacił ZUS. ![]() Tych staruszek w wyobraźni rozjechał aż 8! Na drugim miejscu są kobiety z wózkami. Ale jakie kobiety? ![]() Zdecydowanie nie jest to dziewczyna typu „fit”, która z nowoczesnym trójkołowym wózeczkiem, już w miesiąc po porodzie biega codziennie rano od 6:10 DO 7:10, i która przybrała w ciąży masę dziecka + 4 kg. No i mieści się w jeansy sprzed porodu. Ta dziewczyna z obrazka najwyraźniej przytyła 68kg, jedząc prosto z wiadra ziemniaki polewane sosem, ale nic z tym nie zamierza zrobić, bo jak widzimy na załączonym obrazku też mieści się w dresy sprzed porodu – czyli spoko. No i ten staromodny wózeczek, wygrzebany gdzieś na śmietniku... Ufff... Tych bezbronnych stworzeń rozjechał sześć... Następny na liście do kasacji jest wiejski japioszon. Wiejski bo z niestosownie wyeksponowaną komórką. ![]() Na końcu skali jest policjant. Nie taki piękny i inteligentny jak Maciej Zakościelny z serialu „kryminalni”. ![]() To jest raczej zwykły „krawężnik” przepasany taśmą odblaskową, wypisujący seryjne mandaty za niemanie świateł. Jego atrybutem władzy nie są wyrafinowane badania DNA i błyskotliwa dedukcja tylko zwykła pała. Tych policjantów rozjechał ledwie trzech. No cóż, facet jest jak by nie było militarystą, to do mundurowego jednak sentyment czuje. Nawet policjanta... ![]() Na psychoterapii, terapeuta prosi żeby przynieść sześć swoich zdjęć które się lubi, oraz sześć zdjęć ważnych. Ten gość bez wątpienia powinien zabrać też drzwi od swojego samochodu. Ale przecież każdy z nas ma takie swoje drzwi.. Czy to pod postacią pucowanego latami Harleya, czy najnajnajważniejszego na świecie dziecka, własnej Mamusi, czy sklejanego już od 9 lat, w każdej wolnej chwili modelu żaglowca... Chodzi mi po głowie, pewna historia... Moja Babcia, Babcia Wanda, była bardzo dobrą kobietą. Barwną, silną, z charakterem, i jednocześnie wyczuloną na ludzką niedolę. Nie będę opisywał ze szczegółami jak pomagała w w czasie najczarniejszej nocy stalinizmu Zakonowi Orionistów. Podam tylko jeden przykład. Mieszkaliśmy w miejscowości Sommerfeld, (obecnie Lubsko) w której to Babcia była szanowaną żoną Pana Doktora – czyli Panią doktorową. Tak mówili na nią ludzie. I ta Pani doktorowa usłyszała, że pewna kobieta ma problemy finansowe. Było upalne lato i Babcia zawinęła równowartość obecnych 500 PLN w kamień, owinęła to gumką recepturką i wrzuciła tej kobiecie przez otwarte okno. Wiem bo na całą „akcję” wzięła mnie – wnuczka ze sobą. Ten dom jeszcze stoi przy ulicy XX-lecia PRL. Potem ta kobieta chodziła po mieście i opowiadała, że modliła się do Panienki Najświętszej i stał się cud! A przyszła nam o tym opowiedzieć rozemocjonowana sąsiadka,” Pani doktorowo – stał się cud!..” A babcia wysłuchała i tylko się uśmiechała, bo z przekonań była raczej ateistką. Owszem, może jest jakaś tam siła wyższa, ale: „jak się samemu czegoś nie zrobi to porządnie zrobione nie będzie, i tyle... Poza tym po co Jezusikowi d.. zawracać ..” Pamiętam kiedy Babcia zrobiła ten „cud” przyszedł dziadek, i zapytał „a gdzie pieniądze” a babcia na to „Felutek, inni potrzebowali bardziej...” Dziadek tylko westchnął, po czym wieczorem siedzieli przy „kawce” i grali w karty.. Wprawdzie mieliśmy wtedy na owe czasy super nowoczesny telewizor Orion Delta, ale Babcia uważała telewizję za rozrywkę plebejską. Ot czasem czwartkowa Kobra, jakiś mecz i tyle... Minęło wiele lat. Babcia była już dawno w niebie, w które nie bardzo wierzyła... Ja zaś byłem wtedy japiszonem i pracowałem w dużym zachodnim koncernie. Była surowa zima . Zaparkowałem służbowe auto i poszedłem do restauracji Fridays. Dawali tam wielkie pyszne doskonale wysmażone steki. Po pracy, o 20 fajnie sobie pójść z przyjaciółmi na taki spóźniony ni to obiad ni to kolację. Dużo dobrego jedzenia, towarzystwa i energii. Wtem przypomniałem sobie, że na siedzeniu auta zostawiłem portfel i telefon. Wybiegłem w samej tylko koszuli na parking, i tylko kątem oka zauważyłem, że ochroniarz wrzuca z przedsionka knajpy staruszkę, która chciała się tylko ogrzać w strumieniu gorącego powietrza z tak zwanej kurtyny powietrznej. Zwróciłem na to uwagę, gdyż ta stara kobieta była archetypem wiejskiej staruszki. Nie miejskiej, tylko właśnie wiejskiej. Pokornej kobiety, w kolorowej chuście. Kobiety, która każde zdarzenie przyjmuje jako dopust Boży. Kiedy wracałem kobieta w chuście znikała w mroku i śnieżnej zadymce. Dogoniłem ją w samej koszuli, wygarnąłem z portfela wszystek bilon jaki miałem, bo tylko bilon miałem, otworzyłem jej dłoń i wsypałem. Kobieta w chuście, złożyła dłonie i powiedziała: „Ooooo, Babcia Wanda? Prawda?....” Po czym uśmiechnęła się ciepło i zniknęła w mroku... Ja stałem minutę jak wmurowany.... Ta historia wraca do mnie raz na kiedy, nieodmiennie budząc silne emocje. Czasem los daje nam prosty znak... Kiedyś pewnie go zrozumiem.. ![]() Dylemat sumienia powodziowych automobilistów.. Jako ktoś kto lubi samochody, trochę zna się na ludziach, jestem często fatygowany jako „adwokat diabła” w sytuacjach kiedy to ktoś chce kupić auto. Kiedy sprzedawca gada głupoty, za z tym swoim miernikiem grubości lakieru i latarką Mag Lite łażę koło auta kładę się na chodniku w najbardziej deszczowy dzień i pstrykam dziesiątki zdjęć z rozdzielczości 5M-Super Fine, bo wtedy mogę sobie powiększać foty nawet 100 X. Czasami dochodzi do sytuacji wręcz groteskowych. Pomagałem koledze kpić tak modnego teraz SUV-a, i zdemaskowałem kolejnego „szmaciarza” który sprzedawał bite auto. Kolega zamiast skopać tyłek nieuczciwemu sprzedawcy ryknął na mnie :”Nooo! W ten sposób my auta nigdy nie kupimy!” Po następne pojechał sam. Do Poznania. Wrócił bitym SUV-em w którym pod Wrześnią wybuchnęła chłodnica.... Bywa... Nauka kosztuje.... ![]() Bywa że jako absolwent KUL, jestem pytany: co zrobić? Koleżanka miała dobre europejskie auto. Ja wiem, wiem że słowa „dobre auto” i „europejskie” to antynomia w czystej postaci, dlatego też w krajach w których auta służą do ciężkiej pracy a nie do zadawania szyku i karmienia serwisów, czyli w Azji, Birmie, Afryce, czy od kilku lat na Syberii zobaczymy tylko Toyoty, Stare Nissany, Hyundaie, i Kia. Nie zobaczymy tam Xary Picasso. ![]() No więc koleżanka miała dobre europejskie auto. Peugeota. Ale zapragnęła mieć AMERYKAŃSKIE, i miała rację! Auta wygodne, kanapowe, automatyczna skrzynia biegów, tempomat, silnik V8... Powiedziałem jej jednakże że takie auto kiedy jest dobre, to jeździ latami i jest przyjazne do założenia instalacji gazowej LPG. Ale skatowane staje się skarbonką bez dna. Ona na to że że tam ma rata i brat znalazł „perełkę”. Auto duże, piękne, zadbane, a wewnątrz jeszcze pachnie nowym autem i świeżą „skórą”. Koleżanka sprzedała rocznego Peugeota, kupiła amerykańca, i zaczęła się cieszyć wspaniałą jazdą. Z tym tylko, że trapiły ją ciągłe usterki elektryki. Jakieś pierduły. A ona właśnie po to sprzedała Peugeota, aby nie oglądać rano mrugających chaotycznie kontrolek, nie jeździć z kontrolką Check Engine, i nie mieć po pół roku zmatowiałych „szkieł” reflektorów. Pojechała do mechanika, który odkręcił progi, a tam piach i muł! Auto było po powodziowe, tylko perfekcyjnie odpicowane. Co zrobić zapytała koleżanka? Trzeba je rozebrać do ostatniej śrubki i złożyć ponownie. Miesiąc roboty, koszt robocizna + części 20 tys. PLN. 20 tysięcy to dużo jeśli za auto dało się 40tys, sprzedając uprzednio rocznego Peugetoa kupionego za 56tys. Można też sprzedać. I tu był dylemat sumienia, czy MÓWIĆ, że auto jest zalane i sprzedać za 15 tys.PLN, czy NIE MÓWIĆ, że auto jest zalane i sprzedać za 35 tys.PLN. Słowem sumienie koleżanki kosztuje 20 tys. PLN.To już wiemy. Ja doradziłem koleżance uczciwość, bo jak koś będzie miał wypadek, to obciąży to jej sumienie. Niech sprzeda auto za 15, różnicę w cenie potraktuje jako koszt szkolenia. Z bratem – idiotą – trzeba zerwać kontakt. Jak postąpiła? Nie wiem.... ![]() Czemu piszę te historie samochodowe? A temu, że na biednych terenach mało które auto ma Auto Casco. Ba! Auto Casco. Znam region polski gdzie posiadanie OC jest wydarzeniem i swoistą ekstrawagancją. I teraz te dziesięcioletnie VW Golfy i VW Pasaty kombi pędzone olejem opałowym ( czyli 80% aut w Radzyniu Podlaskim) stoją zalane po dach mętną wodą. Nadają się w zasadzie tylko na złom, ale że nie miały Auto Casco po domyciu i wysuszeniu pójdą na sprzedaż . Wypłyną w miejscach gdzie nie było powodzi. W Olsztynie, Białymstoku, Gorzowie Wlkp. i Suwałkach.. Ilu sprzedawcom wystarczy sumienia żeby napisać: „AUTO POPOWODZIOWE” . Ilu pojawi się picowników na zalanych terenach. Czy wreszcie państwo pokaże rację stanu i wpisze te auta (w ramach likwidacji szkód) do bazy VIN jako popowodziowe, ot tak dla bezpieczeństwa innych. Tyle pytań, i żadnej odpowiedzi, ale czyż te odpowiedzi nie są oczywiste... "Z ROSJĄ TRZEBA OSTRO... (nekrolog napisany już wcześniej)" Czytam gazety, czasopisma, internet... Zostawiam sobie wszystkie ponadczasowe, takie jak Brać Łowiecka, Automobilista, Łowiec Polski, Magazyn, Off-Road.pl, Classic Auto, Radioelektronik, Polska Zbrojna, Magazyn Wędkarski, Broń i Odkrywca. Cała reszta czasopism to mało wartościowa makulatura która ląduje w koszu. 90% czasopism politycznych i 100% gazet wywalam. Zostawiam tylko takie, które są reprezentatywne dla swego czasu. I właśnie teraz, robiąc porządki w archiwum znalazłem dwa czasopisma. Pierwsze (poniżej) zostawiłem ze względu na świetny wywiad z Śp. Prezydentem. Ponadto jest fajna okładka, i mały, uroczy lapsus, mianowicie Prezydent ma zegarek założony do góry nogami. Drugie (poniżej) czasopismo podsumowuje za to pewien czas. Położyłem je obok siebie i zamyśliłem się. Gdzie je schowam? Już wiem! Schowam do tej teczki w której trzymam artykuły Śp. Anny Politkowkiej. To miejsce w sam raz.... Z Rosją trzeba ostro powiedział prezydent zbyt dużego w stosunku do zasobów kraju. Z Mikiem Tysonem trzeba ostro, powiedział butny gimnazjalista, po czym spadł ze schodów łamiąc sobie kark..... frycz. ![]() |









